Czy to naprawdę „trudna młodzież”… czy może szkoła, która nie nadąża?

Coraz częściej mówimy o agresji uczniów. Rzadziej o tym, co ona próbuje nam powiedzieć.

Siedzimy w pokoju nauczycielskim i coraz częściej słyszymy to samo:
„Ta młodzież jest coraz gorsza”.
„Nie da się z nimi pracować”.
„Kiedyś to było inaczej”.

I może rzeczywiście było.

Tylko że świat, do którego próbujemy ich przygotować, też już nie jest „kiedyś”.

Bo dzisiejszy uczeń nie przychodzi do szkoły z tym samym bagażem co dwadzieścia lat temu. Przychodzi z nadmiarem bodźców, z emocjami, których nikt go nie nauczył nazywać, z głową pełną TikToka i sercem, które bardzo chce być zauważone  choć często nie umie o to poprosić inaczej niż buntem.

A my?
Często nadal próbujemy odpowiadać na to… ciszą, uwagą w dzienniku i podniesionym głosem.

To nie jest zarzut. To jest przyzwyczajenie.

Szkoła przez dekady działała w określonym modelu: nauczyciel mówi- uczeń słucha. Nauczyciel ocenia – uczeń się dostosowuje. Autorytet wynikał z funkcji.

Tyle że dziś to już nie działa.

Nie dlatego, że młodzież jest „zła”.
Dlatego, że przestała bezrefleksyjnie akceptować relacje oparte wyłącznie na władzy.

I tu pojawia się moment, który jest trudny, ale też bardzo ważny.

Bo możemy iść w stronę przepisów, kar, procedur. Możemy próbować „zabezpieczyć się” przed uczniem.

Tylko że żadne prawo nie sprawi, że uczeń zacznie nas słuchać.
Może co najwyżej sprawić, że przestanie coś mówić.

A to nie jest to samo.

Badania jasno pokazują, że agresja w szkole rzadko jest początkiem historii. Jest raczej jej końcem. Punktem, w którym coś wcześniej nie zadziałało: relacja, komunikacja, poczucie bycia zauważonym.

To trudna myśl.
Bo oznacza, że zmiana nie zaczyna się od nich.

Zaczyna się od nas.

Nie chodzi o to, żeby być „miłym nauczycielem”.
Chodzi o to, żeby być nauczycielem, który rozumie, że bez relacji nie ma wpływu.

Bo spróbujmy spojrzeć uczciwie:
uczeń nie współpracuje z funkcją.
Uczeń współpracuje z człowiekiem.

Z tym, który potrafi powiedzieć: „Widzę, że coś jest nie tak” zamiast „Natychmiast się uspokój”.
Z tym, który da wybór, choćby najmniejszy.
Z tym, który nie tylko wymaga, ale też słucha.

To nie oznacza rezygnacji z granic.
To oznacza zmianę sposobu ich stawiania.

Paradoks polega na tym, że im więcej mamy w sobie elastyczności, tym więcej mamy realnego autorytetu.

A im bardziej trzymamy się starego schematu „bo ja tu jestem nauczycielem”, tym częściej spotykamy opór.

I jeszcze jedno może najważniejsze.

Rodzice.

Łatwo jest wejść w rozmowę z nastawieniem: „Państwa dziecko sprawia problem”.
Trudniej powiedzieć: „Spróbujmy razem zrozumieć, co się dzieje”.

Ale to właśnie ta druga droga otwiera cokolwiek.

Bo rodzic, który czuje się oskarżony, będzie się bronił.
Rodzic, który czuje się zaproszony zacznie współpracować.

I nagle okazuje się, że „trudny uczeń” to nie jest wróg.
To jest ktoś, kto bardzo potrzebuje dorosłych, którzy przestaną z nim walczyć.

Czy to łatwe? Nie.
Czy szybkie? Też nie.

Ale prawda jest taka, że żadna zmiana systemowa nie wydarzy się bez tej najcichszej, najbardziej osobistej zmiany  w sposobie, w jaki patrzymy na ucznia.

Bo może pytanie nie brzmi już:
„Jak ich zmienić?”

Tylko: „Na ile ja jestem gotów zmienić się pierwszy?”

I być może właśnie od tej odpowiedzi zaczyna się szkoła, która znowu działa.

Źródła:

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *