Wiosna w szkole to stan umysłu. Trochę jak kawa bez kofeiny niby jest, ale człowiek się zastanawia, czy to wystarczy. Na korytarzach czuć napięcie, które można by kroić nożem, gdyby ktoś miał jeszcze siłę trzymać nóż. Egzaminy patrzą z kalendarza jak nieproszeni goście, a uczniowie próbują się z nimi zaprzyjaźnić z różnym skutkiem i jeszcze gorszym nastawieniem.
Nauczyciele, jak co roku, robią dobrą minę do bardzo długiej gry. Tłumaczą, poprawiają, wspierają, a czasem po prostu milczą co bywa najbardziej pedagogiczne. Dyrektorzy natomiast patrzą na to wszystko z dystansem człowieka, który wie, że nawet jeśli coś się nie uda, to i tak trzeba będzie to wpisać do sprawozdania.
I gdzieś w tym wszystkim pojawia się Wielkanoc. Nieśmiało, między sprawdzianem a radą pedagogiczną. Zajączek przemyka przez dziennik elektroniczny, zostawia ślad w postaci wolnego dnia i znika, zanim ktoś zdąży go zapytać o podstawę programową.
Wielkanoc to taki moment, kiedy można na chwilę przestać gonić. Nawet jeśli tylko po to, żeby złapać oddech przed kolejnym sprintem do końca roku. Bo ten finisz umówmy się bywa bardziej wymagający niż niejeden egzamin.
Dlatego w tym całym wiosennym zamieszaniu życzymy:
Nauczycielom żeby mieli jeszcze siłę wierzyć, że to, co robią, ma sens. Nawet wtedy, gdy uczniowie twierdzą inaczej.
Dyrektorom żeby potrafili odróżnić to, co pilne, od tego, co naprawdę ważne (i żeby to drugie jednak czasem wygrywało).
Uczniom żeby odkryli, że egzaminy to tylko egzaminy, a życie na szczęście nie kończy się na jednym teście.
I wszystkim razem żeby do końca roku dotrwać nie tylko w komplecie, ale i z poczuciem, że było warto. Nawet jeśli momentami było pod górkę. A było.
Wesołych Świąt. I trochę spokoju choćby na chwilę.

