Dyrektor szkoły to nie funkcja. Funkcja kończy się o szesnastej. Dyrektor nie kończy się nigdy co najwyżej przechodzi w tryb cichy, który i tak dzwoni.
Z zewnątrz wygląda to elegancko: gabinet, biurko, pieczątka, kalendarz z terminami, które mnożą się jak króliki w dobrej kondycji psychicznej. W środku centrum dowodzenia. Nie NASA, raczej pogotowie ratunkowe. Tylko bez syreny, bo syrena byłaby przyznaniem, że coś się pali. A w szkole zawsze coś się pali, tylko nie wypada tego nazywać pożarem.
Szkoła to organizm wielokomórkowy, z tendencją do dramatyzmu.
Dzieci – impuls elektryczny, który biegnie szybciej niż rozsądek.
Nauczyciele -mięśnie, czasem nadwyrężone, czasem w formie olimpijskiej, zależy od dnia i od klasy 7B.
Rodzice -układ odpornościowy: reagują natychmiast, zwłaszcza gdy zagrożone jest ich własne dziecko, nawet jeśli zagrożeniem jest ocena z biologii.
A dyrektor? Dyrektor odbiera wszystkie sygnały naraz.
Dyrektor nie rządzi – dyrektor wytrzymuje
W teorii dyrektor „zarządza placówką oświatową”. To brzmi tak, jakby chodziło o magazyn z kredą. W praktyce dyrektor zarządza emocjami.
Między:
-
„Moje dziecko jest genialne, tylko system go nie rozumie”,
-
a „Państwa dziecko rzuciło krzesłem”.
Między:
-
„Nauczyciele są przepracowani”,
-
a „Dlaczego moje dziecko ma tylko cztery konkursy w tym miesiącu?”.
Dyrektor jest tłumaczem języków, które nie mają wspólnego alfabetu. Musi przekładać frustrację na procedurę, a procedurę na człowieka. A najlepiej tak, żeby nikt nie poczuł się urażony. Czyli zadanie z gatunku: proszę przejść suchą nogą przez jezioro, nie mocząc butów i nie burząc fal.
Szkoła żyje tym, czego nie widać
Tu zaczyna się część mniej zabawna, więc oczywiście najważniejsza.
Szkoła to nie jest plan lekcji. Plan lekcji to tylko kręgosłup. Życie dzieje się między dzwonkami. W spojrzeniach. W ciszy na korytarzu, która nie jest zwykłą ciszą, tylko sygnałem, że coś się stało. W nauczycielu, który mówi szybciej niż zwykle. W dziecku, które nagle przestaje być hałaśliwe.
Dyrektor, jeśli naprawdę jest układem nerwowym, wyłapuje te mikrosygnały.
Nie dlatego, że ma nadprzyrodzone zdolności.
Dlatego, że patrzy.
A patrzenie jest dziś czynnością niemodną. Wszyscy coś raportują, ewaluują, podsumowują. Mało kto po prostu widzi.
Największa pokusa: zamienić się w instrukcję obsługi
Najłatwiej byłoby być dyrektorem-instrukcją.
Na każdą sytuację paragraf.
Na każdą emocję procedura.
Na każdy konflikt: „zgodnie z regulaminem”.
Regulamin jest potrzebny. Jak poręcz na schodach. Ale nikt nie chce mieszkać wyłącznie na poręczy.
Szkoła, która działa tylko regulaminem, zaczyna przypominać lotnisko: dużo kontroli bezpieczeństwa, mało poczucia, że dokądkolwiek się leci. A przecież edukacja ma być podróżą, nawet jeśli czasem z przesiadką w chaosie.
Dyrektor, który chowa się za papierem, przestaje być systemem nerwowym. Staje się instalacją elektryczną. Prąd płynie, światło się świeci, ale nikt nie czuje ciepła.
Sens – towar deficytowy
Najgroźniejszy kryzys w szkole nie zaczyna się od braku pieniędzy. Zaczyna się od braku sensu.
Kiedy nauczyciel mówi: „Ja tylko realizuję podstawę”.
Kiedy uczeń mówi: „To mi się w życiu nie przyda”.
Kiedy rodzic mówi: „Proszę po prostu zrobić z nim porządek”.
Wtedy szkoła przestaje być wspólnotą, a zaczyna być usługą. A usługa, jak wiadomo, ma być szybka, skuteczna i najlepiej z rabatem.
Dyrektor jako układ nerwowy musi reagować na utratę sensu szybciej niż na awarię drukarki. Bo drukarkę da się naprawić. Sens trudniej.
Czasem wystarczy jedno zdanie wypowiedziane publicznie: „Nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o ludzi.”
Brzmi banalnie. Ale w świecie, w którym wszystko mierzy się procentem, banalność bywa aktem odwagi.
Dyrektor też ma próg bólu
O dyrektorze mówi się najczęściej w trybie oczekiwań.
Ma być: sprawiedliwy, stanowczy, empatyczny, skuteczny, dostępny, odporny, uśmiechnięty, wizjonerski i najlepiej jeszcze wypoczęty.
To jest opis nie człowieka, tylko urządzenia wielofunkcyjnego.
A dyrektor też ma swój próg przeciążenia. Też ma dni, kiedy każde pukanie do drzwi brzmi jak zapowiedź kolejnego „musimy porozmawiać”. Też ma wątpliwości, czy decyzja była dobra, czy tylko najmniej zła.
Układ nerwowy, który jest stale w stanie alarmu, zaczyna reagować nadmiernie. Albo przestaje reagować w ogóle. I wtedy szkoła to czuje. Bo system nerwowy nie da się oszukać na długo on albo działa, albo wysyła sygnał: „za dużo”.
Może więc zamiast pytać, czy dyrektor ma wszystko pod kontrolą, warto czasem zapytać:
Czy my, jako społeczność szkoły, nie dokładamy kolejnych bodźców bez opamiętania?
Dyrektor to rola egzystencjalna
Bycie dyrektorem to nie tylko stanowisko. To rodzaj odpowiedzialności za przestrzeń, w której młody człowiek uczy się świata.
To decyzje, które mają konsekwencje nie w tabeli, ale w czyimś poczuciu wartości.
To wybór, czy reagować krzykiem, czy rozmową.
Czy karać automatycznie, czy zrozumieć kontekst.
To codzienne balansowanie między porządkiem a czułością.
A może właśnie o to chodzi w byciu systemem nerwowym szkoły — żeby czuć. Nawet jeśli to męczy. Nawet jeśli czasem boli.
Bo szkoła bez czucia zamienia się w instytucję.
A instytucja bez czucia może działać sprawnie.
Tylko że nikt nie chce w niej dorastać.
Źródła:
-
OECD – School Leadership and Learning Environments: https://www.oecd.org/education/school/
-
UNESCO – Rola przywództwa w transformacji edukacji: https://www.unesco.org/en/education
-
Ministerstwo Edukacji Narodowej – organizacja pracy szkoły i rola dyrektora: https://www.gov.pl/web/edukacja

